Myśli me czyste i czyste me słowa
zamilkną na długie wieki
Zgaśnie to wszystko, co dusza ma kocha
gdy zamkną się życia powieki
Trzysta lat minie, zegarem zakręci
w ciało znowu ożyję
Powstanę na nowo z myślą goręcą
me serce swą pieśń znów zabije
Wyszeptam, zanucę, wyśpiewam, zawołam
ożyją me słowa z przeszłości
Rozkwitnę, by nową stworzyć historię
zatańczę taniec wolności
Wiersz “Ostatnie wcielenie” promuje moją debiutancką książkę pod tym samym tytułem. Początek powieści:
Francja, rok 1515
Chmura dymu zasnuła cały plac, jakby nawet ona pragnęła być świadkiem tego, co za chwilę miało się wydarzyć. Elizabeth Claremont, przywiązana do drewnianego pala, który za chwilę miał wraz z nią spłonąć, nie patrzyła na ludzi. Nikt ze zgromadzonych nie przyciągał jej uwagi.
Nikt poza nim.
Biskup Leroy wpatrywał się w nią mrocznym wzrokiem z okna swej komnaty. Był najdalej ze wszystkich, a czuła na sobie jego wzrok wręcz namacalnie. Gdy w końcu uległa i ich spojrzenia się spotkały, czas i przestrzeń dookoła przestały istnieć. Nie wiedziała, kto to sprawił: on czy ona.
Popatrzyła w niebo, gdzie zaraz miała ulecieć jej udręczona dusza. Ku wielkiemu niezadowoleniu tych, co przyszli na plac karmić się strachem skazanej, nie okazywała go ani przez chwilę. Jej życie skończyło się w momencie, gdy wysłannicy kościoła przyszli do jej domu, oznajmiając, że w imię Boga i jego praw zostaje pojmana.
Tamten wieczór był naprawdę piękny. Słońce chowało się za horyzont, otulając swym czerwono-pomarańczowym blaskiem większą część nieba. Elizabeth wiedziała, że ta czerwień to znak nieuchronnie zbliżającego się końca jej życia, który będzie równie intensywny, jak kolor zachodzącej właśnie gwiazdy. Nim ostatni promień zniknął za widnokręgiem, rozległo się mocne pukanie do drzwi.
Już czas.
Nie wiedziała wtedy, że lekkie ukłucia w sercu, jakie odczuwała w ciągu ostatnich paru dni, były zaledwie zapowiedzią tego, co niechybnie miało nastąpić. Prawdziwy, wszechogarniający ból miała dopiero poczuć.
Otworzyła drzwi. W progu ujrzała postawnego mężczyznę, a za nim dwóch innych na koniach.
– Madame Elisabeth Claremont zostajesz pojmana za powszechne praktykowanie czarów, konszachty z diabłem oraz jawne działanie przeciwko doktrynom kościoła.
Kobieta stała całkowicie opanowana, patrząc na posłańca z takim samym spokojem, z jakim patrzyła na każdego przybysza zgłaszającego się do niej po pomoc w chorobie. Nie żywiła do niego żadnej urazy. Wiedziała, że robi to, co mu kazano.
– Według kogo jestem wspólniczką szatana? – Pytanie mimowolnie wyrwało się z jej ust. Sama nie rozumiała, po co. Wiedziała przecież, że odpowiedź, jeśli w ogóle ją otrzyma, nie ma znaczenia. I tak nikt nie będzie kwestionował wyroków zatwierdzonych przez kurię. Nie wiedziała jeszcze, że w obliczu tego, co za chwilę usłyszy, śmierć okaże się nie karą, lecz wybawieniem.
– Monsieur Jean-Pierre de Chevalier – odparł mężczyzna bez najmniejszego zająknięcia.
Zniosłaby wszystko, najgorsze kłamstwo czy największą bzdurę, ale nie to, co właśnie usłyszała. Tym bardziej, że bez wątpienia było prawdą. To wtedy jej serce przestało bić. Wtedy skończyło się jej życie.
Od tamtego momentu funkcjonowała jak w transie. Czas, który upłynął od pojmania do przywiązania do pala, był jak nic nieznacząca chwila. Jej iskra w tym życiu się wypaliła. Usta skazanej drgnęły w lekkim uśmiechu na tę myśl – „wypaliła”. Jakże trafne ujęcie. Zaraz ciało, które tak cudownie służyło jej przez te wszystkie lata, też się wypali. Nie będzie czuła bólu. Wyjdzie z niego, zanim pierwszy płomień liźnie choćby najmniejszego włoska. Niestety czuła dym. Drewno nie chciało się palić, jakby wiedziało, co ma się za chwilę stać. Kochała przyrodę i była jej częścią, a ona odwdzięczała się przychylnością oraz pięknem. Za tym będzie tęskniła.
Nie miała już wiele czasu. Przywołała w pamięci słowa inkantacji. Była pewna, że usłyszy ją każdy, kto teraz na nią patrzył, choćby nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Ich dusze usłyszą. Było też pewne, że jeszcze się spotkają. Tego też nie rozpoznają, co nie znaczy, że tak się nie stanie. Niemożliwe jest przeżyć wspólnie coś tak intensywnego i nie związać się przez to na wieki.
Wiedziała też, jak wielkie znaczenie mają słowa wypowiadane w kluczowych momentach życia. Zamknęła więc oczy, rozluźniła ciało i zaczęła recytować:
Myśli me czyste i czyste me słowa
zamilkną na długie wieki
Zgaśnie to wszystko co dusza ma kocha
gdy zamkną się życia powieki
Trzysta lat minie zegarem zakręci
w ciało znowu ożyję
Powstanę na nowo z myślą goręcą
me serce swą pieśń znów zabije
Wyszeptam zanucę wyśpiewam zawołam
ożyją me słowa z przeszłości
Rozkwitnę by nową stworzyć historię
zatańczę taniec wolności
Wszystko powtórzyła trzy razy. Prawie wszystko. Zabrakło jej tchu na wypowiedzenie po raz trzeci ostatniego słowa. Być może właśnie dlatego, że przyjemniej było je poczuć…
wolności…
W życiu wszystko musi się wypełnić. To, co niewypowiedziane, będzie czekać tyle, ile trzeba, żeby stać się namacalną rzeczywistością. Żeby zaistnieć. Ta niewypowiedziana myśl zapragnęła przybrać formę niczym żywa istota. Wybrzmieć, jak wszystkie inne myśli. Zaistnieć najcudowniej, jak to tylko jest możliwe. Niczym magnes przyciągnęła do siebie świadomość. A może było odwrotnie? Nieważne. Ważne jest to, że w końcu myśl – niczym kotwica – zatrzymała płynący po oceanie świadomości statek.
Stał się nowy wszechświat.
Tchnęło życie.

